Po raz pierwszy dotknęło mnie to, co przeciętnego człowieka dotyka notorycznie lub co najmniej sezonowo. Wiecie jak to jest, wiosna, lato, jesień, zima, poniedziałek, Nowy Rok, 18, 30, 50 urodziny-każdy powód jest dobry, aby coś w dotychczasowym życiu zmienić. Zawsze byłam gorliwą przeciwniczką takich zabiegów, po co, po co, po co, mamona, mamona, mamona. Jak widać wybrałam sobie najlepszy na to czas, w niespełna 96 dni do matury.
Podczas tej obrzydliwej choroby nachodzą mnie jeszcze obrzydliwsze refleksje nad tym, że właściwie klasa maturalna została najgorzej usytuowana w całym moim życiu. Miłość, pasja sława-niczym opowieść o szarlatańskim Paganinim, a może paradoksalnie jest to dobry okres?
Zamiast nad studiami, maturą, książkami rozmyślam nad makijażem, zastanawiam się jakie upięcie włosów jest dla mnie idealne oraz w którym lakierze paznokcie prezentują się najkorzystniej. Z jednej strony to próżne, z drugiej-przecież jestem kobietą<3
Mam taki straaaaaaszny mętlik w głowie, odechciało mi się Pragi, bo ciągle myślę o tym, czego nie przygotowałam do szkoły i jakie zaległości mi się szykują. Właściwie szkoła to kiepski temat dla mnie i naukowo, i społecznościowo rówież.
dobranoc, pe :*